Lucy i Will

 

 

 

 

 

 

Tarot Zen. Droga przez mękę. Co wyciągniesz, to się dzieje.

 

 

William zszedł z drabiny. Na górze nie działo się nic szczególnego. Nic ponadto co działo się tam zazwyczaj. Drewniane wnętrze, gdzieniegdzie połatane starymi deskami, wypełnione sianem. Pomieszczenie pachniało z niezwykłą intensywnością, która jak najbardziej Williamowi odpowiadała. Były bowiem chwile, gdy poznawał świat nosem. Zapach wkraczał w jego nozdrza z nonszalancją, która nie znosiła konkurencji innych zmysłów. Chłopak posłusznie przymykał wówczas oczy. Uszu nie przymykał, lecz nie było takiej potrzeby. Tu za miastem, gdzie nawet najbliższy sąsiad nie mógł zakłócać

ciszy, bo domostwo jego oddalone było co najmniej o kilka kilometrów, tutaj, o tej porze, o zmierzchu, słychać było jedynie jednostajne brzęczenie setek owadów. Tak jednostajne, że swobodnie rozpuszczało się w przestrzeni i stopniowo w niej zanikało nie atakując trąbki Eustachiusza Williama. Przy czym wyraźnie należy stwierdzić, że William to imię, nadane Williamowi przez jego jedyną matkę w dzień po urodzeniu. Przez cały jeden dzień William nie miał imienia. Leżał w beciku zupełnie nie nazwany jeszcze. William więc, to imię, a nie nazwisko, a Eustachiusz to gość, który lubił grzebać w ludzkich uszach i tak już zostało.

Do uszu Williama tego słonecznego wieczoru nie docierał więc żaden dźwięk, który byłby śmiał w swej bezczelności zakłócać symfonię zapachów przelatującą przez jego nos. Każdy zapach miał swoją barwę i ton. Lekko zroszona nieproszonym deszczem świeżo co skoszona trawa - żółtawa uwertura leniwie sunąca pociągnięciami smyczków. Stare deski, z których zbudowany był stryszek, zimna zieleń intermezza burząca spokój rytmicznym pomrukiwaniem basu. Woń ciepłych i zmęczonych

1
2 / 9
Michał Rudy © 2015