me



Mark i Jane



- Czy możesz je w końcu wyrzucić? - Rzuciła Jane do Marka. - Czy możesz wyrzucić te cholerne śmieci? - Poprawiła się, po czym roztrzęsioną ręką odpaliła kolejnego papierosa. Smród taniego tytoniu rozszedł się po mieszkaniu.

- Tak, do cholery, mogę! - Mark zerwał się z kanapy i zniknął w kuchni. Po chwili dał się słyszeć trzask drzwi. Taki charakterystyczny trzask. Trzask - manifestacja, trzask - bezsilność innego sposobu wyrażenia gniewu. Mark szybko zbiegał ze schodów trzymając w ręce plastikowy worek z całym ich dotychczasowym życiem. Nie wrócę tam, nie wrócę tam! Myśli biegły równie szybko jak ciało. Po chwili był już na podwórku. Uspokoił oddech, zwolnił tempo. Z workiem w prawej ręce podszedł do śmietnika. Podniósł go i... chwila zawahania... a może po prostu chwila na pożegnanie. Z impetem cisnął śmieci w głąb kontenera. Gwałtowny spazm szarpnął jego ciałem. Aby uchronić się przed upadkiem wsparł ręce o krawędź śmietnika. Ciemne plamy przed oczami. Ciemne wnętrze podwórkowego kontenera. Kropla potu powoli spływała po czole Marka. Naraz silna fala chaotycznych myśli zaczęła trzeć jego zwoje mózgowe. Czy to do cholery dobry pomysł żeby tak po prostu pozbyć się tych śmieci w publicznym, podwórkowym kontenerze? A może trzeba je spalić? Mark nienawidził tych chwil kiedy tracił jasność myślenia. To nie jego myśli, to nie on.

Jane stała boso na zimnej kuchennej posadzce, paląc papierosa. Właśnie stawiała wodę na kolejną kawę, kiedy ciemny ból przeszył na wskroś jej czaszkę. Ciężar był tak ogromny, że Jane zmuszona była siąść. Jej nagie, bo obleczone jedynie majtkami typu string pośladki, zetknęły się z chłodem podłogi. Czajnik wypełniony wodą poturlał się w stronę drzwi, rozlewając po drodze płyn i wydając niemiły dla ucha, ostry brzęk.

- Ej... co się dzieje... - Jęk Jane był słabiutki, ledwo słyszalny nawet dla niej. Na wpół wypalony papieros wpadł w kałużę wody robiąc równie ciche „cyt”. Jane nie próbowała się podnieść, wiedziała, że nie może z tym walczyć. Jeszcze nie teraz. Za oknem targane wiatrem drzewo poruszyło się nieznacznie i nic kompletnie nie powiedziało. Jane wpatrzona w nie, wyglądała na spokojną i pogodzoną ze swoim losem. Co tak naprawdę działo się w niej wiedziała tylko jedna osoba. I co gorsza nie była to ona sama.

 

[ 10 miesięcy wcześniej ]

 

- Kochanie, wróciłem! - Z radością oznajmił Mark wchodząc do domu. W ręku niósł bukiet świeżych kwiatów. Z kuchni wychyliła się Jane. Na widok ukochanego boski uśmiech zagościł na jej twarzy. Objęła go czule. - Jesteś. - Szepnęła do ucha. - Cudownie, że jesteś.

 

 

 

 

2005

 

 

 

© Michał Rudy 2018